Witamy na stronie, zaloguj się jeśli posiadasz konto lub zarejestruj się.
Aurora Nagłówek
"Musicie dużo czytać. By poznać prawdę. By dostrzec korzenie zła." - Abp Marcel Lefebvre
Niedziela 1 sierpnia 2021

ARCHIPELAG LABORATORIÓW

2021-07-16

Jako, że wspominałem w jednym z poprzednich tekstów o amerykańskim laboratorium w Gruzji, bo tak należy definiować ośrodek dotowany 161 mln USD ze środków Departamentu Obrony USA, pora rozwinąć ten wątek. Otóż, podobnie jak po II Wojnie Światowej, kiedy przejęto najlepszych niemieckich naukowców, przede wszystkim funkcjonujących w przemyśle rakietowym, tak po rozpadzie ZSRR Amerykanie przechwycili to wszystko, co pozostało po sowieckim programie broni biologicznej. Już od roku 2000 rozpoczęli inwestowanie w laboratoria znajdujące się w państwach otaczających Rosję i Chiny. Zatrudnili specjalistów z 10 najlepszych instytutów badawczych ZSRR. W Kazachstanie funkcjonują dwa takie ośrodki, mające status BSL-3, które powstały za 300 mln USD. Prowadzone są tam badania zarówno nad wirusami powodującymi kleszczowe zapalenie mózgu, jak i koronawirusami SARS i MERS, ale także afrykańską odmianą świńskiej grypy i popularnym już wąglikiem. Podobnie dzieje się w Azerbejdżanie, Armenii i Uzbekistanie. Na samej Ukrainie takich laboratoriów jest ponoć 11. Tytułowy archipelag tworzy 25 państw pozostających w „przyjaźni” z ogromnym sojusznikiem zza Wielkiej Wody. Są wśród nich Afganistan, Irak, Jordania, Pakistan, Kambodża, Tajlandia, Mjanmar, Laos, Wietnam, Filipiny Malezja i 9 krajów w Afryce. O etyce mówić tu nie będę, bo polityka nigdy nie miała z nią nic wspólnego, ale zwrócić trzeba uwagę na narzuconą nam narrację o odrażającym laboratorium chińskim (!) w Wuhan, w którym prowadzono eksperymenty na nietoperzach, do tego bez zachowania środków ostrożności, co doprowadziło do uwolnienia koronawirusa, który rozpoczął stamtąd dwa lata temu swój Wielki Marsz. Odwołanie do Długiego Marszu[1] jest tu naturalnie celowe, ale ma też wskazywać uważniejszym Czytelnikom na, wydaną pod pseudonimem w roku 1979, dystopijną powieść Stephena Kinga o dorocznej imprezie, w której karą dla najsłabszych uczestników okazuje się uśmiercenie strzałem z karabinu[2]. Chcę bowiem, przy okazji, zahaczyć o wątek literacki i wskazać, że w dobie dzisiejszej „pandemii” jest on również, obok zniewolonej prasy, radia i telewizji, zaprzęgnięty do kreowania rzeczywistości. Jeszcze nie tak dawno kpiliśmy z tego, że w ZSRR niezbędne było ciągłe aktualizowanie tamtejszych encyklopedii, z których znikały biogramy aktywistów bolszewickich, zbaczających z jedynie słusznej linii partii (czytaj – tracących zaufanie Umiłowanego Przywódcy), z trudem nadążając za ich fizyczną eksterminacją. Najwybitniejszym dokonaniem redaktorów tych opracowań było sukcesywne wymazywanie ich postaci z fotografii, na których jeszcze niedawno otaczali przyjaźnie swego generalissimusa.

Tymczasem, dorównujący popularnością Kingowi Dean Koontz[3], wydał w roku 1981 bestseller zatytułowany „Oczy ciemności”. U nas książka została wznowiona akurat w roku 2020 (!) i nie wiem, która wersja trafiła na rynek polski, ale już w amerykańskim wydaniu z roku 2008, śmiercionośny wirus określony został mianem „Wuhan-400”! Nie byłby ten profetyzm może jeszcze tak zaskakujący, gdyby nie fakt, że w wydaniu pierwszym, sprzed lat 40, ten sam wirus autor nazwał „Gorki-400”. Wówczas amerykańskim wrogiem numer jeden był ZSRR, od lat kilkunastu strącony już z podium przez Chiny. Koronawirus szybko przestał być anonimowy, już bowiem w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej, Donaldowi Trumpowi doradcy zasugerowali dookreślenie tego zagrożenia i wówczas pojawił się w przestrzeni publicznej tak zwany „chiński wirus”, szybko przemianowany na ”wirus z Wuhan”. Widzimy więc, jak łatwo manipuluje się „faktami” i jednocześnie niezauważalnie ich odbiorcami.

Sam wirus nie jest jednak, póki co, problemem najważniejszym. O wiele bardziej przerażać może to, że bioterroryści potrafią z pozornie „ślepego” narzędzia współczesnej wojny, stworzyć broń ukierunkowaną na konkretną grupę etniczną. Już w roku 1998 naukowcy izraelscy skonstruowali wirusy zdolne uśmiercać tylko Arabów[4], co wcale nie musi dziwić, zaskakuje natomiast fakt ujawnienia tego „dokonania” przez sztandarowy organ proizraelski, jakim jest bez wątpienia The Times. Złośliwi twierdzą, że przeczytanie nazwy gazety wspak wyraźnie wskazuje na jej korzenie, co w zderzeniu z podaną w niej informacją u wielu musiało wywołać dysonans poznawczy, skoro Izraelici wywodzić się mają z tego samego etnicznie pnia semickiego. Świadczyć by to mogło o jeszcze większym wyrafinowaniu tej broni, potrafiącym uderzać według klucza politycznego!

Degeneraci z niesławnego PNAC[5] już w roku 2000 przekonywali, że „zaawansowane formy broni biologicznej, które mogą uderzyć w określone genotypy, są w stanie przekształcić ją z narzędzia terroru, w narzędzie użyteczne politycznie. Jest to tylko przebłysk możliwości tkwiących w procesie transformacji nowego stulecia”[6]. W amerykańskim, długim marszu ku zdobyciu przewagi na tym polu prowadzili, nieżyjący już Donald Rumsfeld, wspominany przeze mnie w książce „Covidowe Jeże” Robert Kadlec, jeszcze niedawno Doradca ds. Zdrowia prezydenta Trumpa, wcześniej „doradzający” Bushowi i Michael Callahan, który z ramienia Departamentu Obrony i DARPA[7], w latach 2005-2012 rozdysponowywał setki milionów USD do wspomnianych wcześniej laboratoriów.

Chcę podkreślić, że to właśnie ta ekipa, której inne działania na tym polu będę starał się sukcesywnie ujawniać, rozpoczęła tę wojnę z resztą świata. Naciskając spust 11 września 2001 roku, rozpoczęli niesławną „wojnę z terrorem”, która spełniła przez 20 lat swoje zadanie z nakładem. Przede wszystkim, rzuciła narody świata na kolana, odbierając im ogromną część praw, co było niemożliwe w latach tak zwanej Zimnej Wojny. Już wtedy jednak zastanawiano się nad tym, co dalej i na myśleniu nie poprzestano. To właśnie w roku 2001 prezydent Bush zerwał ówczesne rokowania w sprawie przedłużenia Konwencji o Broni Biologicznej[8] powołanej do życia w roku 1972. Uznał, że taka broń stanowić może „narzędzie użyteczne politycznie”. Dziś, wszystkich klęczących od 20 lat kopią w plecy, by upadli i leżeli bezwolnie, z zasłoniętymi twarzami skierowanymi ku ziemi, jak stado więźniów w Gułagu XXI wieku. W książce „Demony Zagłady”, wydanej już w roku 2009, pisałem przybliżając ten termin „określenie Gułag zaczęło być szerzej stosowane i rozumiane za sprawą głośnej książki Aleksandra Sołżenicyna pod tytułem ‘Archipelag GUŁag’. Odnosiło się do systemu obozów pracy przymusowej w Związku Sowieckim, do których zsyłano zarówno pospolitych przestępców kryminalnych, jak i ogromną rzeszę osób politycznie niewygodnych. (…) Zapewne jednak nikt nie uwierzyłby w to, że główny orędownik wolności i demokracji, państwo zwalczające Związek Sowiecki na każdym odcinku – Stany Zjednoczone Ameryki – zbudują w przeciągu zaledwie dwóch dekad, swój własny Gułag.”

Nie ma powodu, by zakładać, że ta wojna będzie trwała krócej. Chyba, że trawestując ich własne słowa sprzed lat, przydarzy się „jakieś nowe Pearl Harbor”.