Witamy na stronie, zaloguj się jeśli posiadasz konto lub zarejestruj się.
Aurora Nagłówek
"Musicie dużo czytać. By poznać prawdę. By dostrzec korzenie zła." - Abp Marcel Lefebvre
Poniedziałek 20 marca 2023

I ZNOWU GIBRALTAR

2023-03-17

Moją książkę „Requiem dla Amelii Earhart” potencjalni odbiorcy ocenili zapewne po tytule, jako opowieść o amerykańskiej kobiecie - pilocie z globtroterskimi aspiracjami, które zakończyły się dla niej tragicznym wypadkiem i może stąd nie spotkała się ta historia z zainteresowaniem zbliżonym choćby do innych pozycji mojego autorstwa. Nie piszę tego, żeby się żalić, bo nieskromnie uważam, że ludzie nie czytający moich książek tracą po prostu okazję do ciekawej lektury, natomiast chętnie ją zareklamuję, bo taki dziś los autorów niezłomnych, jak mawiał o pisarzach będących na indeksie III RP, wybitny aktor i reżyser Ryszard Filipski, ale też  autor nieznanej szerzej powieści „Mzehomo”. Ludzi piszących rzeczy władzy niemiłe, uważa się za nieistniejących i można odnieść wrażenie, że takimi rzeczywiście się stają po opublikowaniu krytycznego dla niej artykułu, czy wydaniu nieprawomyślnej pozycji książkowej, a jeśli z uporem czynią to dalej, wpadają w otchłań literackiego zapomnienia. Te tytuły nie mają prawa pojawić się w przestrzeni publicznej, nie widać ich na półkach setek niewielkich księgarni, które choćby chciały, to spętane z hurtowniami restrykcyjnymi umowami, nie mogą ich przyjąć na swoje półki. Natomiast księgarnie sieciowe nie biorą ich, bo one z kolei nie muszą. Są zbyt silne, nie bez powodu przecież, a osoby decydujące w nich o zamówieniach powinność swej służby znają. Hurtownie zmonopolizowały rynek księgarski już wiele lat temu i promują najczęściej chłam, który ląduje po pewnym czasie na wyprzedażach w koszach stojących u wejść supermarketów, przeceniany kilkukrotnie, do poziomu ceny papieru, na którym go wydrukowano. Bywa też, że hurtownie budują sieć własnych księgarni, również stacjonarnych, oczywiście umiejętnie maskując ślady, by – mając u wydawcy zniżki sięgające 55%, sprzedawać je u siebie za 65% ceny detalicznej, zarabiając na szybkim obrocie towaru, choć tempo tej działalności nie przekłada się na szybkość płacenia wydawnictwu, które, nie mając wyjścia, podpisuje umowę na trzymiesięczne odroczenie płatności, oczywiście dopiero po tym, kiedy sprzedane zostaną wszystkie wysłane do hurtowni książki. Jakby tego było mało – wydawca, chcąc sprzedawać swoje książki własnym sumptem, nie jest w stanie tego robić, bo jej cena u niego jest nadal wyższa od sprzedanej pośrednikowi. A musi on często, działając poprzez Internet, doliczyć koszt wysyłki, który rośnie lawinowo, równolegle zresztą z ceną papieru i wszystkimi elementami składającymi się na końcowy koszt sprzedawanej przez niego pozycji. Pominę w tym miejscu częste do niedawna praktyki dodrukowywania książek ponad zamówiony nakład i ich bazarowy kolportaż przez nieuczciwych drukarzy. Jakkolwiek ten proceder swoje apogeum przechodził w latach 90 ubiegłego już wieku, to nie mogę stwierdzić jednoznacznie, że przestał istnieć. Wszystkie te nieuczciwe praktyki powinny być piętnowane, bo w sposób oczywisty psują rynek. Dlatego, zachęcam do kupowania książek bezpośrednio u autora-wydawcy, który z pewnością stałym klientom zaproponuje zniżkę, na życzenie wpisze autograf i będzie informował o nowościach wydawniczych. Jednak, taki wydawca nie dysponuje niezbędnymi środkami na kampanie reklamowe, stąd to jego trzeba szukać, jeśli chce się dotrzeć do  rzeczy, o których inni milczą. A, poza wszystkim innym, warto kupować u swoich! Ale, jak mawiał klasyk – wracajmy do adremu.

Jak w każdej mojej książce, główny temat jest dla mnie zawsze pretekstem do pisania o rzeczach teoretycznie z nim nie związanych, choć powiązanych cieńszą lub grubszą nicią. Podobnie jest w „Requiem dla Amelii Earhart”. Znajdziecie w niej wiele informacji, które z tytułową bohaterką nie mają nic  wspólnego. Przytoczę tu urywki rozdziału, w którym piszę o niesławnej Al Kaidzie, organizacji, która miała rzekomo przeprowadzić przez punkty kontrolne kilku lotnisk, w sposób niezauważony, 19 osób figurujących na liście zakazu wstępu na teren USA, czyli bez ważnych wiz wjazdowych, po czym wyłączyć monitoring w nowojorskich wieżach WTC pamiętnego 11 września 2001 roku, podobnego majstersztyku dokonując tego samego dnia w Pentagonie, ale również na trasie przejazdu polityków ewakuowanych pospiesznie z Białego Domu i z innych miejsc, w których akurat znalazły się w tym czasie ich żony, które agenci Secret Service w trybie awaryjnym dowozili do schronów przeciwatomowych. To ci sami arabscy terroryści, którzy oślepili wówczas systemy radarowe najlepszej służby kontroli ruchu lotniczego na świecie, wysłali myśliwce przechwytujące nad puste wody oceanu i pokonując prawa fizyki rozbili bez pośpiechu kilka samolotów pasażerskich o najsłynniejsze  budynki w kraju. Wszystko to oczywiście przy użyciu nożyków do cięcia kartonów i kieszonkowych słowników. Acha, wcześniej zdołali jeszcze porobić finansowe malwersacje w amerykańskim sektorze zbrojeniowym na skromne 3 miliardy dolców, ogołocić podziemne skarbce w piwnicach wież z niezliczonej ilości złota, diamentów, pieniędzy, broni, zarekwirowanych i składowanych tam narkotyków, i dokumentów dotyczących najpoważniejszych w państwie przestępstw oraz obrócić z zyskiem  na giełdzie akcjami, też na kilka miliardów, dwóch, zaangażowanych w ten dramat, amerykańskich linii lotniczych. To tak z grubsza – wszystko po to, żeby wkrótce potem USA wraz z  aliantami, broniąc wartości demokratycznych obróciły w ruinę kilka państw świata i zaprowadziły na całym globie zamordyzm, którego właśnie doświadczamy.

W rzeczywistości, odnosiłem się w tekście do początków zalewania Europy imigrantami różnych narodowości w celu jej destabilizacji religijnej, etnicznej i w efekcie politycznej. Ale, nie mniej ważna była powiązana ściśle z tymi działaniami szeroko pojmowana propaganda. „Protoplastami wykorzystywania radykalnego islamu dla walki politycznej, byli Niemcy, jednak kierowali oni ten oręż przede wszystkim w stronę Sowieckiej Rosji. Wysiłki Hitlera mające na celu rozszerzenie wpływów nazistowskich na sowieckich muzułmanów były kierowane przez Gerharda von Mende, byłego profesora i bojówkarza SA, który pracował dla Ministerstwa Rzeszy. Centrum tej operacji był zatem Berlin, natomiast po II Wojnie Światowej, Amerykanie postanowili wykorzystać te struktury, przenosząc centralę swych działań do Monachium. To tam postanowiono wybudować pierwszy w Europie meczet, pozyskując muzułmanów dla swoich potrzeb. (…) Pomysł wyszedł od byłego, niemieckiego nazisty, który kierował muzułmańską operacją propagandową na rzecz Hitlera podczas II wojny światowej. CIA przejęła niemiecki plan i odegrała kluczową rolę w zaszczepieniu go islamskim radykałom, którzy z kolei postrzegali go, jako szansę religijnej ekspansji. (…) Monachium było przyczółkiem, z którego Bractwo Muzułmańskie rozprzestrzeniło się na zachodnie społeczeństwo. Amerykański konsulat w Monachium był drugim, co do wielkości, na świecie. Służył jako punkt nasłuchowy dla wszystkiego, co było związane z ZSRR. Gerhard von Mende przeżył wojnę. W chaosie zbombardowanych Niemiec, okupowanych przez ZSRR na wschodzie oraz przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Francję na zachodzie, udało mu się ukryć i udawać akademickiego biurokratę. Już wkrótce znalazł się na liście płac brytyjskiego MI5. Dość szybko rozpoczął działalność dla służb zachodnioniemieckich i oczywiście amerykańskich. Błyskawicznie odtwarzał kontakty z byłymi radzieckimi żołnierzami muzułmańskimi i uciekinierami najróżniejszych narodowości. Nieprzypadkowo właśnie w Monachium powołano do życia dwie najbardziej znane stacje radiowe. W roku 1949 powstało Radio Wolna Europa, nadające do wszystkich krajów Europy Wschodniej, a w 1951 Radio Liberty, które nadawało na falach krótkich audycje skierowane głównie na obszar ZSRR. Dziś, po kolejnych doświadczeniach ostatnich lat, w świetle przytoczonych wyżej materiałów, możemy chyba z lepszej perspektywy spojrzeć na kontynuację islamskiego ekspansjonizmu w Europie. Niemiecki zalew krajów europejskich imigrantami, tym razem pod egidą polityki unijnej, nie jest niczym innym, jak konsekwentną realizacją planów i działań rozpoczętych w latach 30 minionego wieku, starannie podsycanych w czasie zimnej wojny i dziś rozniecanych na nowo. My również wpadliśmy w wir polityki zmierzającej do pełnej bałkanizacji tej części świata, wsłuchując się w zagłuszane, chyba niezbyt skutecznie, wiadomości płynące do nas z tych rozgłośni przez lata, w języku polskim”. Na temat Radia Wolna Europa powstały dziesiątki, jeśli nie setki opracowań, znana jest nieustająca dyskusja wokół rzeczywistej roli tej rozgłośni w tym wszystkim, co działo się w Polsce czołgającej się mozolnie przez lata do tak zwanej niepodległości. Warto przytoczyć to, co o stacji mówi Wikipedia

„Amerykańska rządowa rozgłośnia utworzona w 1949 r. z połączenia ‘Radia Wolna Europa’ i ‘Radia Swoboda’ prowadząca transmisje informacji, analiz i aktualności do krajów Europy Środkowo-Wschodniej, Azji Środkowej i Bliskiego Wschodu, w których swobodny przepływ informacji jest zakazany przez organy rządowe, lub nie jest w pełni rozwinięty. Misją RWE jest promowanie demokratycznych wartości i instytucji poprzez informowanie w krajach, w których wolność słowa jest zabraniana przez rząd, lub nie jest w pełni ugruntowana. RWE opiera się na przekonaniu, że pierwszym wymogiem demokracji są dobrze poinformowani obywatele. (..) RWE jest finansowana przez Kongres Stanów Zjednoczonych (…). Niezależność redakcyjna RWE/RS jest gwarantowana amerykańskim prawem”.

Dla kontrastu przypomnę słowa „kuriera z Warszawy”, szefa polskiej sekcji RWE, który w książce „Polska z oddali” z rozbrajającą szczerością napisał, że „zaufanie amerykańskich partnerów było niezbędnym warunkiem zachowania naszej autonomii”. W tym zdaniu zawiera się cała strategia, niosącej swoje przesłanie w 25 językach dla kilkudziesięciu milionów słuchaczy, Centralnej Agencji Wywiadowczej, która zarządzała rozgłośnią, mniej lub bardziej zagłuszaną (w zależności od aktualnych potrzeb politycznych i frakcyjnych rozgrywek  lokalnych kacyków), ale zawsze słyszalną. 

Rola RWE jest wynoszona pod niebiosa po dzień dzisiejszy, bo też rzeczywiście jej znaczenie dla tzw. transformacji ustrojowej w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, jest nie do przecenienia. Dla rzetelności historycznej należy jednak wspomnieć o radiostacji, która naprawdę działała na rzecz sprawy polskiej, nie obarczonej współpracą z żadnym ośrodkiem obcym, a do tego dużo wcześniej, aniżeli wychwalana rozgłośnia amerykańska. Była to radiostacja „Maria”, transmitująca programy skierowane do Polski już w latach 1947-1948! Ta mało znana inicjatywa została zapoczątkowana, zorganizowana, a następnie realizowana przez Jędrzeja Giertycha, znienawidzonego przez wielu do dziś, wybitnego patrioty służącego całym swym życiem Bogu, Narodowi i Polsce. Giertych już w pierwszym roku po wojnie zauważył, że rząd polski w Londynie powinien mieć możliwość informowania i podtrzymywania na duchu społeczeństwa polskiego w Kraju, tym bardziej, że radiostacje zachodnie, w tym BBC, zaczynały właśnie rozwijać propagandę sprzeczną z polskim interesem narodowym. Jako, że próby uzyskania wsparcia dla tego pomysłu ze strony brytyjskiej, spełzły na niczym, a wręcz dano polskiemu rządowi na uchodźstwie do zrozumienia, że tamtejsze władze nie życzą sobie obecności na brytyjskiej ziemi żadnej tego typu rozgłośni, wymyślono rzecz genialną. Rząd polski wszedł w posiadanie 40% udziałów w spółce żeglugowej „Neptune Shipping Co.”, która dysponując luksusowym jachtem motorowym do wypraw dalekomorskich, uruchomiła  na nim  pływającą rozgłośnię radiową. Jedną z kabin dostosowano do wymogów nadajnika, zamontowano wymyślny, specjalny zestaw antenowy, który zaprojektował prof. Antoni Krzyczkowski, kierownik laboratorium radiotechnicznego na Wydziale Elektrycznym Polish University College w Londynie. Zakres fal dobrano w taki sposób, aby znajdując się w bezpośrednim sąsiedztwie częstotliwości radia warszawskiego i BBC, pozwalały na audycje „Marii” trafić przypadkowym słuchaczom. Oficjalnie jacht realizował rejsy przewożąc pasażerów, głównie po Morzu Śródziemnym, ale też rozmaite towary, w zależności od aktualnego zapotrzebowania. O jego rzeczywistym przeznaczeniu wiedziała garstka osób, na samej jednostce tylko jej kapitan, Jędrzej Giertych będący spikerem radiostacji i jego pomocnik. Rozgłośnia uzyskała formalną nazwę „Radiostacja Polska w Walce”. Swoje audycje rozpoczynała pierwszymi taktami hymnu „Bogurodzica”. Być może więc radiostacja „Maria” była inspiracją dla znanego dziś powszechnie Radia Maryja? Funkcjonowała dwa lata, jej działalność początkowo Brytyjczycy tolerowali, bo jacht pływał pod banderą panamską i nie w bezpośredniej bliskości wysp, jednak prof. Giertych miewał sygnały niezadowolenia ze swej działalności, wypływające w mniej lub bardziej zakamuflowany sposób z kręgów wywiadu brytyjskiego, sugerujące mu nawet próby jego fizycznej likwidacji. Statek po dwuletniej pracy został uwikłany w rzekomą działalność przemytniczą, co stało się podstawą do zatrzymania go na dłuższy czas u wybrzeży Włoch, później toczono na kanwie tej prowokacji proces sądowy. Kiedy już pozbyto się tego kłopotu, okazało się, że na statku dokonywany jest regularny sabotaż w maszynowni, przestały spływać zlecenia na dalsze przewozy i rząd polski zdecydował o demontażu urządzeń oraz sprzedaży jachtu, co – jakże dla nas wymowne – dokonało się w Gibraltarze. Historia „Marii” zasługuje na sensacyjną książkę lub film, który mógłby być hitem, gdyby zechciały o niej propagować wiedzę instytucje rzeczywiście polskie. Ale, próżno marzyć o tym.

Sławomir M. Kozak

Książeczkę na temat tego wyjątkowego przedsięwzięcia, autorstwa samego prof. J. Giertycha, można zamówić tutaj.