Witamy na stronie, zaloguj się jeśli posiadasz konto lub zarejestruj się.
Aurora Nagłówek
"Musicie dużo czytać. By poznać prawdę. By dostrzec korzenie zła." - Abp Marcel Lefebvre
Wtorek 7 grudnia 2021

SOJUSZNICY

2021-11-26

Wiele lat temu, miałem okazję przemierzyć kawałek Kanady z mężem mojej siostry, który zna ten kraj bardzo dobrze. Poprosiłem go, by zabrał mnie do miejsca, w którym leży najbardziej polskie spośród kanadyjskich miast. Ten krótki wyjazd opisałem później w książce „Oko Cyklopa”, idąc po śladach, do dziś skrywanej przez media, kooperacji amerykańsko-kanadyjskiej w zacieraniu dowodów współpracy obu państw w tragedii 9/11. Przywołuję tu te wspomnienia, z niewielkimi zmianami, bo ciągle mało mówi się o Polakach żyjących poza granicami naszego kraju.  Nawet o tych najwspanialszych, o których powinno się przypominać  na lekcjach historii, a ich biografie powinny widnieć w podręcznikach.

Historia rozrzuciła Polaków po całym globie. Dziś wszyscy wiedzą, że cała rzesza naszych rodaków mieszka w USA i Kanadzie. O kanadyjskiej Polonii wiadomo jednak dużo mniej niż o amerykańskiej. Poza ogólną wiedzą, że istnieje i ma się dobrze, niewiele się o niej słyszy. A szkoda, bo obecność Polaków w Kanadzie jest dostrzegalna. 

(…) mało kto wie, że w ogromnej rzeszy przybyszy z Polski zawiera się liczba kilkudziesięciu tysięcy Kaszubów, którzy prawie 200 lat temu pojawili się na tych ziemiach. Osiedlili się w okolicach Barry’s Bay, gdzie krajobraz przypominał im rodzinne strony. Tam też powstało miasto, które nazwali Wilno. To właśnie w Barry’s Bay powstała pierwsza polska szkoła, tam narodziło się polonijne harcerstwo, a w Wilnie pierwsza polska parafia. Postanowiłem zobaczyć te miejsca na własne oczy. Do ontaryjskich Kaszub jedzie się z Toronto prawie 300 km, przez malownicze tereny Kawartha Lakes, przypominających nasze Mazury. Drogę wyrywano wszechobecnym skałom dynamitem, który pozostawił po sobie regularne, pionowe odstrzeliny. Asfalt wije się pomiędzy nimi a po obu stronach, wśród zieleni drzew lśnią granatem głębokie jeziora.

Ich bajeczne nazwy, jak Jezioro Meteorytów lub Baptiste, urzekają. Podobnie, jak nazwy mijanych miast: Kinmount, czy obiecujące wodospady Fenelon Falls. Pełno tu nadal miejsc, w których spotkać można orły, a okoliczne wody pełne są łososi. Dzikość przyrody robi wrażenie, potęguje je brak zasięgu telefonii komórkowej i stacji radiowych. Muzyka dociera tylko dzięki odbiornikowi satelitarnemu. Odczytuję ze stojącego przy trasie znaku informacyjnego: „Bancroft – mineralna stolica Kanady”. Zatrzymujemy się, by wypić kawę w przydrożnym „Tim Horton’s”, lokalu należącym do popularnej w Kanadzie sieci kafejek, która swą nazwą sławi imię kanadyjskiego hokeisty. W środku, w gablocie za szkłem, pysznią się okazy wydobytych z tej ziemi kamieni, wśród których połyskują przepięknie opale. Po chwili ruszamy dalej. Samochód pokonuje kolejne dziesiątki kilometrów, gdy nagle na przydrożnych tablicach pojawiają się dziwnie znajome nazwy: Olszeski Road, Pecarski Road. Za moment naszym oczom ukazuje się Wilno. Wjeżdżamy do miasta w przeddzień narodowego święta Canada Day. Przywykliśmy już do budynków przystrojonych flagami Kanady, ale tu, obok nich dumnie łopoczą biało-czerwone. Polskie barwy, polskie miasto, w sercu Kanady.

Coś ściska za serce, kiedy czytam: „Kościół Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej. A.D. 1936”. Wchodzimy. Jest kopia Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Jest też urna z ziemią pobraną w 1967 r. z terenu Państwowego Muzeum w Auschwitz, spod ściany śmierci bloku 11 oraz garść prochów po zamordowanych w Brzezince. Zapalamy świecę. 

Na ścianie obraz Św. Faustyny. Na sąsiedniej dostrzegamy harcerską lilijkę i tablicę z napisem:

„31 Krąg Starszoharcerski TATRY obchodząc 50 rocznicę swojej działalności składa to dziękczynne votum Matce Boskiej Częstochowskiej Królowej Polski w podzięce za doznane łaski przez członków Kręgu i ich rodziny. Ziemia ta, zamieszkała przez pierwszych osadników z Kaszub jest dla nas symbolem łączności z Ojczyzną i związana z ośrodkami i obozami harcerskimi. CZUWAJ. Wilno, Ontario. 27 sierpnia 2000 roku”. 

Obok Orzeł Polski na mahoniowym ryngrafie z wpisanymi weń słowami: „Garnizon Gdynia” i również opis:

„Parafii Matki Boskiej Częstochowskiej w Wilnie, Ontario, siedziby pierwszych osadników z Kaszub, w podzięce za doznane łaski ofiarują to votum członkowie Stowarzyszenia Polskiej Marynarki Wojennej w Kanadzie. 5 września 1999”.

Panie Jezu, jak Oni tu tę Polskę i Matkę Twoją miłują!

Obok kościoła cmentarz. Widać, że polski, inny od mijanych po drodze, kanadyjskich, nie ogrodzonych, z płytami nagrobnymi na poziomie murawy. Tu groby z płonącymi zniczami i biało-czerwonymi proporczykami spoglądają na błyszczące w oddali jezioro i już na wieczność ten widok polskiego krajobrazu będzie z nimi.

Żegnamy polskie Wilno, wstępując tylko na polskie pierogi w Wilno Tavern stojącej na terenie byłego hotelu EXCHANGE, zbudowanego jeszcze w 1894 roku przez Ignacego Słomińskiego, o czym z dumą informuje okolicznościowa tablica pamiątkowa. 

Kilkanaście kilometrów pokonujemy w zadumie. Wjeżdżamy do Barry’s Bay. Przy głównej drodze wzrok przykuwa ogromna tablica, pomnik i ... kopia samolotu. Przystajemy w kolejnym mieście polskich osadników. Na wielkim bilbordzie napis: „The Zurakowski Project”. Czytamy o budowie muzeum i parku poświęconych naszemu wspaniałemu Rodakowi.

Janusz Żurakowski urodził się 12 września 1914 r. w Ryżawce. Ukończył Szkołę Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. We wrześniu 1939 r. przedostał się do Anglii i walczył w dywizjonach RAF. W roku 1942 został mianowany dowódcą "warszawskiego" Dywizjonu 316. W 1943 awansował do stopnia kapitana i został zastępcą dowódcy skrzydła w Northolt. Za swoje zasługi w Bitwie o Anglię oraz w walkach nad Niemcami został odznaczony polskim Krzyżem Virtuti Militari oraz trzykrotnie Krzyżem Walecznych. Pod koniec wojny został przeniesiony do Imperialnej Szkoły Pilotów Doświadczalnych w Boscombe Dawn. Jako pilot oblatywacz słynął z doskonałych akrobacji powietrznych. Pobił rekord szybkości na trasie Londyn - Kopenhaga - Londyn oraz opracował i wykonał nowe figury akrobatyczne "Zurabathic Cartwheel" oraz "Falling Leaf", które wcześniej uważane były przez teoretyków lotnictwa za zupełnie niemożliwe.

W 1952 r. wyemigrował wraz z rodziną do Kanady, gdzie podjął pracę jako pilot oblatywacz dla zakładów AVRO Canada. Testował najbardziej zaawansowany samolot lat pięćdziesiątych - CF-105 AVRO Arrow. Jako pierwszy człowiek na świecie pokonał barierę dźwięku w samolocie o prostych skrzydłach. Po likwidacji badań nad samolotem Arrow odszedł z lotnictwa i przeniósł się do Barry's Bay, gdzie wybudował ośrodek turystyczny Kartuzy Lodge. Ośrodek ten od wielu lat odgrywa ważną rolę w podtrzymywaniu polskości młodego pokolenia Polonusów. Pułkownik Żurakowski został uznany za jednego z najlepszych pilotów wszechczasów i wpisany w poczet członków honorowych Międzynarodowego Stowarzyszenia Pilotów Doświadczalnych w Los Angeles. Otrzymał również tytuł "Pioniera kanadyjskiego lotnictwa". Został członkiem Galerii Sławy tych sił zbrojnych. Na cześć wybitnego pilota Królewska Mennica Kanadyjska wydała w 1996 roku srebrną monetę o nominale 20 dolarów z jego wizerunkiem. W 1999 r. pułkownik Żurakowski został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi RP. Zmarł 9 lutego 2004 r. w Barry’s Bay.

W drodze powrotnej mijaliśmy harcerskie stanice, spotykaliśmy wszędzie wokół polskie ślady. Wracaliśmy pełni różnych uczuć. Od żalu, że ciągle z tego świata odchodzą najlepsi z Polaków, do dumy z polskości błyszczącej trwałym blaskiem na wszystkich kontynentach. Na przekór wszystkim wrogom Polski, w najodleglejszych zakątkach globu Polacy wystawiają od wieków świadectwo swojego wielkiego patriotyzmu i umiłowania najwyższych wartości, jakimi są i zawsze pozostaną Bóg, Honor i Ojczyzna.

Nie napisałem w tekście oryginalnym jednej rzeczy, o której warto wspomnieć. Otóż, Żurakowski, wraz z 14 000 innych osób, w 1959 r. porzucił swoją piękną karierę w kanadyjskim lotnictwie tylko dlatego, że Amerykanie zażądali wówczas od rządu Kanady zaprzestania prac nad samolotem Arrow. Najlepszym wtedy samolotem tego rodzaju na świecie. I Kanadyjczycy posłusznie projekt ten zlikwidowali, a istniejące maszyny zezłomowali, tnąc na drobne kawałki. Tak, by nie pozostał po nich najmniejszy nawet ślad. Zainteresowanym tym projektem Brytyjczykom, kanadyjski rząd odmówił jakiejkolwiek współpracy. Wkrótce potem Siły Powietrzne Kanady stały się użytkownikami amerykańskich samolotów McDonnel Douglas i Lockheed. Tę lekcję, jako sojusznicy o mniejszym kalibrze,   też powinniśmy kultywować. Zachęcam do obejrzenia krótkiego materiału z tamtego okresu.

Felieton pochodzi z 48 numeru Warszawskiej Gazety.