Witamy na stronie, zaloguj się jeśli posiadasz konto lub zarejestruj się.
Aurora Nagłówek
"Musicie dużo czytać. By poznać prawdę. By dostrzec korzenie zła." - Abp Marcel Lefebvre
Poniedziałek 25 października 2021

AFGAŃSKI ODWRÓT

2021-09-10

O wojnie w Afganistanie, wbrew wszelkim medialnym oszustwom, nie zdecydowano w wyniku traumy po atakach 11 września. Tę decyzję podjęto już w połowie lipca 2001 roku, kiedy berlińskie negocjacje między USA i Wielką Brytanią z jednej strony, a Talibami (a nie rządem afgańskim!) z drugiej, zakończyły się fiaskiem. Pakistan i Rosja były wtedy obserwatorami tych tajnych rozmów. USA i Wielka Brytania zaczęły gromadzić wtedy w tym rejonie swoje wojska: 40 tysięcy ludzi w Egipcie i prawie całą flotę brytyjską na Morzu Arabskim. Dopiero wówczas doszło do ataków z 11 września. 

Zamach 11 września był nie tylko środkiem do pilnego uchwalenia ustawy antyterrorystycznej, albowiem tak zwany Patriot Act[1], przygotowano już dwa lata wcześniej, ale do utworzenia Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i powołania tajnych służb specjalnych w strukturach amerykańskiej armii - 60 000 osób. Do realizacji tych zadań ówczesny Sekretarz Obrony Donald Rumsfeld skierował admirała Cebrowskiego, współtwórcę słynnej doktryny, która legła u podstaw amerykańskiej polityki XXI wieku. Wspomniane 60 000 żołnierzy tajnych służb, oczywiście nieumundurowanych, plus prywatne armie najemników, były motorem późniejszych wydarzeń zarówno w Afganistanie, Iraku i Libii.

Gospodarka światowa stawała się w owym czasie zglobalizowana. Aby pozostać wiodącą potęgą świata, USA (zarządzane przez rodziny zakorzenione w Wielkiej Brytanii) musiały dostosować się do całkiem nowej formy kapitalizmu  finansowego. Najlepszym sposobem na to było zapewnienie, by kraje rozwinięte mogły bez przeszkód politycznych eksploatować zasoby naturalne krajów biednych. Na tej podstawie dokonano podziału świata na dwie części: z jednej strony gospodarki zglobalizowane (w tym także Rosja i Chiny), które miały być rynkami stabilnymi, a z drugiej wszystkie pozostałe, które miały zostać pozbawione struktur państwowych i pozostawione w chaosie, aby ponadnarodowe korporacje mogły bez oporu eksploatować ich bogactwa. Aby to osiągnąć, niezglobalizowane narody miały zostać osłabione według podziałów etnicznych i ideologicznych. Pisze o tym w swych licznych opracowaniach  dotyczących Afganistanu Thierry Meyssan, doskonały analityk polityczny, znakomity badacz wydarzeń znanych pod nazwą zamachu 9/11.

Pierwszym regionem, który miał zostać dotknięty, był obszar arabsko-muzułmański od Maroka do Pakistanu, z wyjątkiem Izraela i dwóch sąsiednich państewek, które miały zapobiec rozprzestrzenianiu się pożaru, Jordanii i Libanu. Ten właśnie region Departament Stanu nazwał "szerszym Bliskim Wschodem". Obszar ten nie był definiowany przez złoża ropy naftowej, ale przez elementy kulturowe jego mieszkańców. Pojęcie to pojawiło się zresztą po raz pierwszy w artykule opublikowanym przez pułkownika Ralph’a Peters’a w roku 2001 (!), zatytułowanym wprost: „Stabilizacja – wróg Ameryki”.

Wojna, według admirała Cebrowskiego, miała objąć cały ten region. Nie miała uwzględniać podziałów z czasów zimnej wojny. USA nie miały tam już ani przyjaciół, ani wrogów. Wróg nie był definiowany przez ideologię, czy religię, a jedynie przez brak integracji ze zglobalizowaną gospodarką kapitalizmu finansowego. Nic nie mogło ochronić tych, którzy mieli nieszczęście być niezależnymi. Te zasady były wykładane przez Cebrowskiego na amerykańskich uczelniach wojskowych, a dzisiejsi generałowie byli wówczas jego słuchaczami. Nadchodzi czas kolejnych regionów tej konkwisty.

Ta polityka nie zakładała eksploatacji zasobów naturalnych tylko przez USA, jak to miało miejsce w poprzednich wojnach, ale przez wszystkie zglobalizowane państwa. Co więcej, Amerykanie nie byli już tak naprawdę zainteresowani zdobywaniem surowców, ale raczej podziałem pracy na skalę globalną i zmuszaniem innych do pracy dla nich. Wszystko to implikowało taktyczne zmiany w sposobie prowadzenia wojen, ponieważ nie chodziło już o uzyskanie zwycięstwa, ale o prowadzenie "wojny bez końca", jak to ujął w swym niesławnym wystąpieniu prezydent George W. Bush. Rzeczywiście, wszystkie wojny rozpoczęte po 11 września 2001 roku, nadal toczą się na kilku różnych frontach: Afganistan, Irak, Libia, Syria, Jemen. W Afganistanie, wbrew pozorom, ta wojna nie ustała, zmieniła tylko swój charakter. Może stanowić przyczółek dla wojny z Iranem. Poza tym, obawiam się, że zarówno „terroryści”, jak i heroina, rozleją się na Europę, by wprowadzić chaos i zniewolić kraje nie będące formalnie podległymi Korony, takimi, jak Australia, Nowa Zelandia i Kanada. Pierwsza z nich już zresztą wraca do swego pierwowzoru – brytyjskiej kolonii karnej. Nasycona najbardziej chińskimi wpływami, staje się poligonem doświadczalnym nowego porządku świata. Wiele wskazuje na to, że wycofywanie żołnierzy z Afganistanu, zapoczątkowane jeszcze przez administrację prezydenta Trumpa, zostało zrealizowane przez gabinet Bidena w sposób odbiegający od pierwotnych założeń. Liczne doniesienia mówią o tym, że na terenie tego kraju pozostało kilkadziesiąt tysięcy Amerykanów, właśnie tych nieumundurowanych. Jako, że obietnicy powrotu do domów żołnierzy amerykańskich nie można było cofnąć, najprawdopodobniej ewakuowano ich, pozostawiając jednak siły będące w stanie nadzorować i wręcz stymulować przyszłe wydarzenia w tym rejonie świata. Z uwagi na to, że w tegorocznych, tajnych rozmowach dotyczących wyjścia USA z Afganistanu, uczestniczyły, podobnie jak w roku 2001 Rosja i Chiny, należy przyjąć, że cała operacja musi być korzystna dla każdej ze stron. Wzbudzane lokalnie konflikty będą tylko usprawiedliwiały konieczność ochrony głównych interesów tych państw przez pozostawionych tam „specjalsów”, związaną zapewne z pokaźnymi wpływami dla amerykańskich korporacji, a przy okazji, również dla obecnej administracji amerykańskiej. Jako, że najpoważniejsze inwestycje w tej części świata prowadzą Chiny, podejrzewać należy, że interesy Rosji zabezpieczono w innym regionie, choćby na rubieżach syberyjskich, a być może również w odwiecznej strefie wpływów tego państwa, czyli w Europie środkowowschodniej. Unia Europejska, jako twór całkowicie sztuczny, którego nic nie spaja, została skazana na porażkę w dniu, w którym wszedł w życie Brexit. Korona, jeśli tylko może, unika angażowania w działania wojenne, swoich żołnierzy. A, tymczasem w Unii, wyjątkowo widoczne jest kompletne zdegenerowanie wszystkich instytucji tworzących ją państw. Rządy poszczególnych członków tego ponadnarodowego tworu, nie dość, że nie kryją się już w ogóle z podłością i zbrodniczym podejściem do własnych społeczeństw, to coraz bardziej otwarcie prześcigają się w nadgorliwości dogadzania swoim zarządcom. Taka polityka musi doprowadzić do wybuchu społecznego niezadowolenia, właśnie w państwach mających potężne tradycje wolnościowe, a przede wszystkim korzenie chrześcijańskie. Nie wiadomo, czy z powodu zbliżających się wyborów, czy właśnie w obawie przed anihilacją własnego państwa, Niemcy wyhamowały gwałtownie swą politykę imigracyjną, czego dowodem może być zmiana pierwotnej decyzji o chęci przyjęcia w swe granice 40 000 potencjalnych uchodźców afgańskich. Niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas, odbył ponoć podróż po krajach sąsiadujących z Afganistanem (Uzbekistan, Tadżykistan i Pakistan), oferując tym, które zechcą przyjąć do siebie jakąś ich część - 500 mln euro. Z kolei, Unia Europejska, skierowała podobną ofertę, opiewającą już na kwotę 700 mln euro, państwom spoza jej kręgu. Nie słychać, by proponowano jakiekolwiek pieniądze Polsce i niechaj tak pozostanie, jak najdłużej.

Tekst ukazał się pierwotnie w tygodniku Warszawska Gazeta (10.09.2021)

Niniejszy felieton możesz także odsłuchać: https://pl1.tv/title/afganski-odwrot-odc-1/