Witamy na stronie, zaloguj się jeśli posiadasz konto lub zarejestruj się.
Aurora Nagłówek
"Musicie dużo czytać. By poznać prawdę. By dostrzec korzenie zła." - Abp Marcel Lefebvre
Piątek 9 grudnia 2022

BUDUJEMY NOWY... MUR

„Z wszelakich kajdan, czy? te są -

Powrozowe, złote czy stalne?..

- Przesiąkłymi najbardziej krwią i łzą … 

Niewidzialne!”

(C. K. Norwid, Zagadka)

 

Sięgnąłem w ostatnim felietonie do swoich wspomnień, które mam zamiar wydać w przyszłości w formie książki. Dziś także zaczerpnę z nich niewielki urywek, by zwrócić uwagę na pozornie nie związane ze sobą, acz ważne tematy. Otóż, w r. 1994 brałem, wraz z kilkoma kolegami kontrolerami, udział w 33 Dorocznej Konferencji Międzynarodowej Federacji Stowarzyszeń Kontroli Ruchu Lotniczego w stolicy Kanady – Ottawie. Obrady miały się odbywać w sali konferencyjnej obok naszego hotelu, sąsiadującego zresztą z Parlamentem Kanadyjskim. Jako, że na miejsce przybyliśmy dzień przed rozpoczęciem zgromadzenia, mieliśmy trochę czasu na  zwiedzenie otoczenia. Pisałem wówczas tak:

„Część z nas odwiedziła nieodległe Muzeum Lotnictwa, część spacerowała po pięknych uliczkach Ottawy. Ja zajrzałem między innymi do pobliskiego budynku Centrum Konferencyjnego. To, co mnie wówczas zaskoczyło, to stojący w jego głównym holu kilkumetrowej długości, wysoki na ponad dwa metry, kawał muru pokrytego graffiti. Kiedy podszedłem bliżej okazało się, że jest to fragment … muru berlińskiego, który rozebrano w r.  1990, a jego części sprzedawano później na aukcjach w Berlinie i Monte Carlo. Patrzyłem na te resztki reliktu czasów minionych i złych, który widziałem wcześniej jeden raz w życiu, gdy wyglądał jeszcze groźnie i dzielił dwa, jakże różne światy. Było to w latach 80., kiedy przekraczałem granicę wewnątrzniemiecką na słynnym przejściu Charlie. Stojąc w lobby rządowego budynku w odległej Kanadzie, robił wrażenie zaskakujące, zupełnie nierealne. Pierwsze, co przychodziło na myśl to, że nieźle musiano się namęczyć, by dostarczyć go w tak wielkim kawałku, przez ocean, aż do tego miejsca. Drugie, że wskazuje wyraźnie na rolę, jaką świat zachodni przykłada do tego symbolu, o wiele większą w jego opinii dla upadku komunizmu, od solidarnościowych strajków w Polsce. To również pokazuje rzeczywistą pozycję Niemiec, postrzeganych przez świat w kategoriach najważniejszego państwa Europy. Podobnie, jak zacierana jest od lat, coraz skuteczniej zresztą, rzeczywista rola Niemców w rozpętaniu II Wojny Światowej i zagładzie milionów istnień ludzkich, tak i teraz od samego niemal początku, podkreślane jest znaczenie tego państwa w przemianach europejskich lat 90.. Całkiem zresztą słusznie, bo jak wskazują dziś nieliczne jeszcze, ujawnione dokumenty historyczne, rzeczywistymi architektami owej zmiany ustrojowej na naszym kontynencie były Rosja i Niemcy. Polska, z jej marionetkowym przywódcą, który ‘obalił komunę’ traktowana była zaledwie w charakterze zapalnika, którego głównym zadaniem od początku było i tak tylko, uczynienie kontrolowanego wyłomu w tym murze”.

Dlaczego wspominam o tym dzisiaj? Z tego powodu, że to moje ówczesne zdziwienie, trzy lata po pierwszych, jak do dziś się z naciskiem podkreśla, demokratycznych wyborach parlamentarnych w Polsce, było oczywiste. Kanada zawsze szczyciła się swoją wielokulturowością, ale przecież nie spotkałem w niej nigdy oznak liczebnej przewagi diaspory niemieckiej nad, na przykład żydowską, ukraińską, czy polską. Stąd, widok tego muru w najważniejszym miejscu Kanady, musiał zaskakiwać. Dziś, z perspektywy 30-lecia, a zwłaszcza ostatnich paru lat, patrzę na to już zupełnie inaczej. Być może jeszcze lepiej spoglądać na to przez fakt, iż jakkolwiek Kanada jest demokracją parlamentarną z federalnym systemem administracyjnym, to poza wszystkim innym pozostaje nadal monarchią konstytucyjną, a głową państwa jest przedstawiciel brytyjskiej Korony. Od 8 września tego roku jest nią Karol III, król Zjednoczonego Królestwa Wlk. Brytanii i Irlandii Północnej oraz 14 innych królestw wspólnotowych, pośród których poczesne miejsce, bo już od r. 1931, zajmuje właśnie Kanada. To wtedy powstała, tak zwana Brytyjska Wspólnota Narodów, powołana do życia przez Wlk. Brytanię i 6 dominiów brytyjskich, na czele z Kanadą. Obecna Wspólnota Narodów zrzesza 56 państw, a oficjalnym jej celem jest współpraca na rzecz, jakżeby inaczej, rozwoju, demokracji i pokoju. Karta Wspólnoty Narodów mówi, że łączy je język, historia, kultura i takie wartości, jak demokracja, prawa człowieka i rządy prawa. Można by tutaj zauważyć, że my, choć formanie nie zrzeszeni w tej wspólnocie, poszliśmy daleko dalej, od dawna mając u siebie nie tylko rządy prawa, ale i sprawiedliwości. Wracając do wspólnoty jednak – mimo, że od r. 1949 warunkiem członkostwa w niej przestało być uznawanie monarchy brytyjskiego za głowę państwa i podkreśla się w niej niezależnośc państw członkowskich od Wlk. Brytanii, to pamiętajmy, że premier Kanady i jego gabinet mianowani są przez gubernatora generalnego, który jest kanadyjskim przedstawicielem króla Karola III. Piszę o tym także dlatego, iż ten król jest nie tylko przewodniczącym Wspólnoty Narodów, naczelnym dowódcą brytyjskich sił zbrojnych, ale i świecką głową Kościoła Anglii. Pod jego fotografią w Wikipedii widnieje podpis „Z Bożej łaski król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz innych Jego posiadłości i terytoriów, Głowa Wspólnoty, Obrońca Wiary”. Nie wiem zaprawdę, z czyjej łaski został on królem i jakiej wiary broni, wiem, że nie wybrał go Bóg, w którego wierzę ja i miliony moich rodaków katolików, zarówno tu w Polsce, czy Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii, o Irlandii nie wspominając. Wiem też, co wielokrotnie podkreślałem w swoich książkach, że Brexit nie był dziełem przypadku, a ilekroć Wielka Brytania wycofywała się z Europy, kryjąc za swoim kanałem, tylekroć w tej Europie pozostawały na scenie zwaśnione ze sobą Niemcy i Rosja, obrotowa Francja i niezdecydowane Włochy. W tych ostatnich, kilka dni temu, krótko przed wyborami, były premier Berlusconi ośmielił się krytycznie wypowiedzieć o eskalacji działań za naszą wschodnią granicą, na co w sposób bezczelny zareagowała niejaka Von der Leyen, nawiasem mówiąc nie wybrana nigdy w żadnych powszechnych wyborach biurokratka, mówiąc „zobaczymy, jakie będą wyniki wyborów we Włoszech. Jeśli sprawy pójdą w trudnym  kierunku, mamy narzędzia, jak w przypadku Polski i Węgier”!

Nie ma tu miejsca, by przywoływać zaangażowanie Korony w niemal wszystkich polskich, narodowowyzwoleńczych powstaniach, które większość historyków zamyka Powstaniem Warszawskim, planowanym ponoć przez Churchilla już w Teheranie w 1943 r., a do których ja zaliczam także, powstanie Solidarności. Oponentom, próbującym mówić, że to ostatnie było ruchem oddolnym, a do tego bezkrwawym, nie będę przypominał, w których zakładach pracy  rozpoczynały się strajki o przysłowiowy już boczek, nie sposób także wymienić nazwisk wszystkich tych, którzy byli mordowani przez całe lata 80., bo przedsięwzięcie pod nazwą „Solidarność” było tylko jednym z kilku elementów zwijania ówczesnego Związku Radzieckiego, podobnie, jak dużo wcześniej zaplanowane wprowadzenie stanu wojennego. W jego wyniku,  pomijając już ofiary oczywistej zbrodni w kopalni „Wujek”, wielu Polaków nie było w stanie uzyskać choćby niezbędnej pomocy medycznej, z powodu paraliżu komunikacyjnego, polegającego na zawieszeniu połączeń telefonicznych, restrykcjach w przemieszczaniu, czy wprowadzeniu godziny milicyjnej. To także eliminowanie nie zdeprawowanej przez system elity, mogącej stanąć w opozycji do mającego wkrótce nastapić przekrętu stulecia, w tym robotników, przedstawicieli środowisk wiejskich, wielu księży, a nawet młodzieży.

Rozpocząłem od opowieści o murze. O tym artefakcie czasów żelaznej kurtyny, którego usunięcie było najistotniejsze dla dokonania rzeczywistych zmian na mapie politycznej ówczesnej Europy. Z tego powodu, w budynku kanadyjskiego parlamentu na początku lat 90. nie znalazły się biało-czerwone opaski, kopia Pomnika Poległych Stoczniowców, czy słynnej tablicy z postulatami polskich robotników. 

Nie znaczyły tak wiele, jak ten mur, który można było dzięki nim pokojowo i w sposób wydawałoby się wówczas naturalnie konsekwentny, zburzyć. Nie będę rozwijał ekonomicznych, demograficznych, czy kulturowych efektów tego upadku. Borykamy się z nimi na co dzień. I będziemy je odczuwać coraz poważniej. Wspólnota Narodów zaczyna się kruszyć, a obecnemu przewodniczącemu  wróżę, że stanie sie jej grabarzem. Pani Von der Leyen nie mówi w moim imieniu, i choć teoretycznie jest przewodniczącą Komisji Europejskiej, to przede wszystkim pozostaje politykiem niemieckim. Rosja mobilizuje rezerwistów. Chiny stają się wszechobecne. Na naszych oczach powstaje kolejny mur, znacznie dłuższy i wyższy, aniżeli poprzedni, choć wciąż jeszcze dla wielu, niewidzialny.

Sławomir M. Kozak, Warszawska Gazeta nr 39/2022