Witamy na stronie, zaloguj się jeśli posiadasz konto lub zarejestruj się.
Aurora Nagłówek
"Musicie dużo czytać. By poznać prawdę. By dostrzec korzenie zła." - Abp Marcel Lefebvre
Piątek 16 kwietnia 2021

USTAWKI ORAZ USTAWY.

2021-02-08

Podejście rządów do pewnych spraw ukazuje w sposób oczywisty założenia ich przyszłych strategii, a także kierunki działań zmierzających do rozwikłania bądź zaciemniania tematów  bieżących, których nie podjęcie owe strategie mogłoby przekreślać, co ukazałem przed laty w książce „Operacja Dwie Wieże” wskazując na tempo powoływania komisji senackich i wydatkowane nakłady dla wyjaśniania kolejnych, amerykańskich dramatów. Pisałem wówczas, że „po tragedii Titanic’a, przewodniczącego wyłoniono w ciągu 6 dni, po zabójstwie J. F. Kennedy’ego - w ciągu 7 dni. Tyle samo po wypadku promu kosmicznego Challenger, a po japońskim ataku na Pearl Harbor - w ciągu 9 dni. Prezydent Bush wyznaczył szefa Komisji 9/11 po 411 dniach! (…) Jej prace ruszyły miesiąc później, czyli po ponad 440 dniach!

Szczególnie interesująco wygląda porównanie kwot przeznaczonych na działalność niektórych amerykańskich komisji.

Otóż badanie wypadku promu kosmicznego „Columbia” pochłonęło 50 milionów dolarów. Tyle samo otrzymała komisja tropiąca aferę „Whitewater”, w którą zamieszany był prezydent Clinton. Z kolei badanie seksualnych wyczynów tego ostatniego z udziałem Moniki Lewinsky kosztowało Amerykę 40 milionów dolarów. Na dochodzenie w sprawie kasyn („Casino Gambling”) wydano w 1996 roku 5 milionów. Natomiast na znalezienie prawdy o wydarzeniach 11 września, w 2003 roku wydano zaledwie 3 miliony. Łączny budżet przeznaczony na ten cel do dnia dzisiejszego  nie przekroczył 15 milionów.”[1]

Podczas trzech pierwszych dni urzędowania na prezydenckim stolcu, lewak Obama wydał 5 rozporządzeń (Executive Orders), Trump - 1, podczas gdy Biden aż 19! Lewacka determinacja wzrosła więc, wyposzczona czteroletnim czekaniem w blokach blisko czterokrotnie, a to przecież nie jest jej ostatnie słowo lecz zaledwie preludium. Anulowanie paru rozsądnych decyzji Trumpa i wdrażanie marksistowskich koncepcji pod sztandarem „czwartej rewolucji” prowadzi w prostej drodze do degradacji roli Ameryki, jako światowego lidera. Na skutek tych posunięć, do roku 2032, przy technologicznym wsparciu Izraela[2], o którym u nas zawzięcie się milczy, Chiny mają szansę stać się, nie tylko finansowym już, mocarstwem. Pisze o tym choćby Martin Armstrong w artykule z 27 stycznia 2021 roku[3], wychodząc ze słusznego moim zdaniem założenia, że „Zachód postanowił popełnić ekonomiczne samobójstwo (…)”. Tyle, że ktoś mu w tym zdecydowanie pomaga.

O drapieżnej, agresywnej wojnie o półprzewodniki, pisałem w roku 2016 w książce „Operacja Terror”, której sprzedaż zablokowano mi w sieci Amazon. Podobno właściciel tej firmy, wskoczywszy w czasie „pandemii” na szczyt światowej listy miliarderów właśnie rozpoczął proces pozbywania się jej udziałów. Pisałem w książce o tej wojnie między innymi w kontekście „wypadku”, klasyfikowanego przeze mnie mianem uprowadzenia, samolotu Boeing 777, rejs MH370, malezyjskich linii lotniczych z 8 marca 2014 roku. Wygrały ją bezapelacyjnie Izrael i Chiny, o czym i inni autorzy, nie na polskich jednak portalach, wspominają. W ostatnich latach, równolegle z budowanym między Chinami, a Stanami Zjednoczonymi  napięciem, zacieśniały się relacje Chin i Izraela na każdym właściwie polu, najnowsze kontrowersje wzbudza niedawna wygrana Shanghai International Ports Group (SIPG), w przetargu na  obsługę nowego terminalu portu w Hajfie. Kontrakt zawarto na ćwierć wieku! W samym Izraelu wskazywano wprost na zagrożenia tego przedsięwzięcia, nie tylko dla gospodarki amerykańskiej, czy bezpieczeństwa narodowego USA, ale wręcz dla relacji amerykańsko-izraelskich. Te pytania pojawiały się już zresztą na półmetku prezydentury Donalda Trumpa. 20 grudnia 2018 roku The Times of Israel pytał „Czy Izrael popełnił ogromny błąd, pozwalając chińskiej firmie zarządzać częścią portu w Hajfie?”[4]The Jerusalem Post grzmiał „Marynarka wojenna USA może przestać dokować w Hajfie po przejęciu portu przez Chińczyków”[5]Haaretz wyraził to jeszcze groźniej i wcześniej, bo już we wrześniu 2018 roku pisząc, że „Izrael daje Chinom klucze do największego portu - a marynarka wojenna USA może opuścić Izrael”[6]. I co? I nic. Bo przecież dwie spośród tych gazet swoje siedziby mają w tej samej Jerozolimie, którą Trump uznał jeszcze w grudniu roku 2017 za stolicę Izraela. I dlatego przez ostatnie lata, do tego kraju płyną setki milionów dolarów, głównie dla tak zwanych „start-up’ów”, błyskawicznie rozwijających się firm technologicznych. Gigant Toga Networks już zresztą w roku 2016 stał się izraelskim centrum chińskiego koncernu telekomunikacyjnego Huawei.   Alibaba, ChemChina, Kung-Chi, Legend, Lenovo i Xiaomi otworzyły swoje sklepy w Izraelu. Wiele z tych inwestycji i przejęć dotyczy firm zajmujących się przetwarzaniem w chmurze, sztuczną inteligencją, sieciami komunikacyjnymi, czyli obszarami o wielkim znaczeniu strategicznym i gospodarczym. U podstaw tego biznesu leżą oczywiście półprzewodniki, których eksport do Chin wzrósł tylko w roku 2018 o 80%. 

Chiński gigant telekomunikacyjny ZTE był jednym z pierwszych, na które nałożono wyniszczające, amerykańskie sankcje na początku 2018 roku. To, przypomnijmy, ciągle była   kadencja Trumpa. Uniemożliwiło to firmie ZTE przejęcie istotnych komponentów od amerykańskiego producenta półprzewodników Qualcomm. Rok później administracja Trumpa (!) nałożyła kontrolę eksportu na Huawei, zakazującą de facto sprzedaży chipów wyprodukowanych w USA. We wrześniu 2020 roku,  Stany Zjednoczone rozszerzyły tę listę, nakładając ograniczenia na największego chińskiego producenta półprzewodników finansowanego przez państwo, czyli Semiconductor Manufacturing Industrial Corp (SMIC), mającego swe oddziały w USA, Włoszech, Japonii i na Tajwanie. Presja ta zmusiła Taiwan Semiconductor Manufacturing Co. do odwrócenia się od swojego największego klienta i wstrzymania sprzedaży dla Huawei. Podobny los spotkał producentów japońskich. W Europie,  Stany Zjednoczone skutecznie zablokowały holenderskiej firmie ASML możliwość sprzedaży jej najbardziej zaawansowanej maszyny litograficznej, firmie SMIC. Furtkę tę wykorzystał doskonale Izrael.

Izraelskie „start-up’y” wchłonęły również ogrom firm do niedawna kojarzonych z USA, jak choćby Microsoft, o czym pisałem w książce „Covidowe Jeże”

Dziś większość spośród światowej klasy elementów półprzewodnikowych jest produkowana i rozwijana właśnie w Izraelu, w tym Centrino, Pentium MMX, intelowskie Sandy Bridge, mikropocesory Bluetooth dla Texas Instruments, czy używane w telefonii komórkowej chipy Motoroli.

Dzięki masowemu napływowi żydów z byłego ZSRR, w latach 90. ubiegłego wieku, Izrael pozyskał informatyków i naukowców klasy światowej. To wtedy rozpoczęło się budowanie podwalin pod kompleks, który dziś już oficjalnie wypiera z rynku tak wszystkim znaną Silicon Valley, czyli amerykańską Dolinę Krzemową, zastępując ją swoją pustynną do niedawna doliną, nazywaną Silicon Wadi[7]. Inwestują w nią takie chińskie podmioty, jak Baidu, Pingan, Qihoo, Shengjing 360, czy Yongjin Group. Od roku 2010, wymiana handlowa między Chinami i Izraelem wzrosła dwukrotnie, zasilając Izrael kwotą 11,5 miliarda USD, co nawiasem mówiąc, stanowi zaledwie ułamek wszystkich chińskich inwestycji zagranicznych, które przyspieszyły na tyle gwałtownie, że od roku 2018 Państwo Środka wydało na rynkach światowych, tylko na zakup półprzewodników, około 300 miliardów USD.

W przyszłym roku minie dekada od czasu, kiedy Henry Kissinger powiedział, że „za 10 lat nie będzie już Izraela”. Portal Fronda, w artykule z 2014 roku[8], podpierając się tekstem opartym na badaniach 16 agencji wywiadowczych, cytował wypowiedź doktora Kevina Barrett’a, który stwierdził: „Ta opinia Kissingera jest kategoryczna. Nie mówi, że Izrael jest w niebezpieczeństwie i można go ratować, jeśli damy mu dodatkowe tryliony dolarów i zniszczymy jego wrogów militarnie... Nie proponuje żadnego wyjścia. Po prostu stwierdza fakt: w 2022 Izrael nie będzie istniał. (…) Amerykańskim decydentom będzie dużo łatwiej iść w ślady Kissingera i 16 agencji wywiadowczych, żeby uznać to co oczywiste: Izrael doszedł do końca okresu przydatności do spożycia”.

Doktor Kevin Barrett, znany mi założyciel ruchu Muslim-Christian-Jewish Alliance for 9/11 Truth, którego jestem członkiem, może być postrzegany, przez pryzmat wyznawanej religii, jako nie w pełni obiektywny. Uważam, że byłoby to jednak nieuprawnione, bo ten doktor filozofii, arabista, założyciel portalu Veterans Today, wykładowca uniwersytecki w San Francisco, Wisconsin i Paryżu, wyjątkowo trafnie i w sposób wyważony zauważa, że „chrześcijanie, żydzi i muzułmanie często postrzegają inną wiarę w negatywnym, pejoratywnym świetle. Zamiast unikać tych „uprzedzeń” (które mogą mieć pewne podstawy lub nie), porozmawiajmy o nich! Zastanówmy się, czy my monoteiści, możemy być ofiarami operacji dziel i rządź prowadzonej przez inkwizytorów dzisiejszej dominującej religii: progresywistycznego humanizmu świecko-materialistycznego, którego radykalną, fundamentalistyczną wersję nazwano antyreligijnym fanatyzmem religijnym (AARF – Anti-religious Religious Fanaticism). To kłamliwa, mordercza, satanistyczna, zastępcza religia dzisiejszych zachodnich elit (…)”. 

Nie sposób wreszcie sądzić, że oddany całym sercem Izraelowi, wytrawny dyplomata  Kissinger, urwał się ze swoją wypowiedzią z choinki. Ta wizja może przerażać, bo choć nie wypowiedziana wprost, zakłada totalną wojnę na Bliskim Wschodzie. I potencjalny, nieodległy  exodus wyznawców „innej wiary” do nowej Ziemi Obiecanej.

Chciałbym w tym miejscu przywołać urywek jednej z moich książek, w którym opisywałem równie trudny dla Izraela okres, choć w Polsce wówczas niezauważony.

„Społeczeństwo amerykańskie coraz głośniej kwestionowało poparcie Stanów Zjednoczonych dla ludobójstwa dokonywanego przez Izrael w Palestynie, a notowania Bush’a spadały.

Na tydzień przed 9/11 Izrael doznał wstrząsu postawieniem przez Organizację Narodów Zjednoczonych znaku równości między syjonizmem, a nazizmem (www.HaaretzDaily.com). Izrael został określony przez reprezentantów tysięcy organizacji pozarządowych uczestniczących w Światowej Konferencji Narodów Zjednoczonych Przeciwko Rasizmowi, w Durbanie, w Afryce Południowej, państwem rasistowskim. W Konferencji wzięli udział przedstawiciele rządów 153 krajów. Deklaracja przyjęta przez 3000 organizacji zszokowała żydowskich uczestników. Shimon Peres, minister Spraw Zagranicznych Izraela, nazwał antyizraelską deklarację hańbą. W efekcie delegaci izraelscy opuścili Konferencję. Towarzyszyła im w tym delegacja USA. 

Forum uznało Izrael za państwo, w którym “systematycznie popełniane są przestępstwa na tle rasistowskim, włączając w to zbrodnie wojenne, akty ludobójstwa i czystek etnicznych”. 

Administracja Busha planowała uznanie państwa palestyńskiego, jego promocję i poparcie, ale jak to ujął w swym wystąpieniu Sekretarz Colin L. Powell, „plan wypadł z torów na skutek terrorystycznych ataków na World Trade Center i Pentagon, 11 września” (Washington Post, 2.10.2001). Powell miał podjąć ten temat z księciem Bandarem bin Sultanem, ambasadorem Arabii Saudyjskiej w Stanach Zjednoczonych, w rozmowach planowanych na 13 września (!). 

Jeszcze 2 października prezydent Bush głosił, że tworzenie palestyńskiego państwa „zawsze” było częścią amerykańskiej wizji pokoju na Bliskim Wschodzie (WorldNetDaily, 2.10.2001). Premier Izraela - Ariel Sharon „porównał tworzenie koalicji ze światem arabskim do brytyjskiego głaskania nazistów w latach trzydziestych”.(Jerusalem-Reuters, 5.10.2001, The Guardian, 6.10.2001). Zauważalne jest w tym okresie wyraźne napięcie między amerykańskim prezydentem, którego rodzina prowadziła wspólne interesy z Osamą Bin Ladenem i jego rodziną (American Freedom News, 3.10.2001), a rządem Izraela, reprezentowanym przez Ariela Sharona. 

Można więc przyjąć, że na tydzień przed 9/11 życzliwość opinii światowej była zdecydowanie po stronie Stanów Zjednoczonych. Popierała działania tego kraju w kwestii wdrożenia procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie, a stawała się coraz bardziej nieprzychylna działaniom Izraela i jego polityce międzynarodowej.

Dziś, nikt już nie podnosi tematu izraelskiego rasizmu, a każdy kto wypowiada się z niechęcią o prowadzonych na całym świecie operacjach przeciwko „terroryzmowi” staje się automatycznie wrogiem pokoju i niemalże zdrajcą. Świat pogodził się z koniecznością prowadzenia długoterminowej wojny z wszechobecnymi „terrorystami” i odwrócił się od Arabów. 

Wszystko więc zmieniło się po wydarzeniach 11 września. 

Każdy, kto poddaje w wątpliwość jakiekolwiek działania „antyterrorystyczne” jest wrogiem. Amerykanie zacieśnili swoje stosunki z państwem Izrael. Jednocześnie nikomu już nie przeszkadzają ludobójcze działania tego państwa wobec Palestyńczyków. Amerykański Senat zaaprobował (2 dni po zamachach!) ustawę zezwalającą na stosowanie przez policję i FBI podsłuchu prawie bez ograniczeń, w tym monitorowanie poczty elektronicznej. Stworzono Biuro Bezpieczeństwa Wewnętrznego mające za zadanie koordynację działań wszelkich służb policyjnych i samorządowych, dano ogromne uprawnienia FEMA. Ustalono plan obalenia rządu Talibów i objęcia Afganistanu kontrolą Narodów Zjednoczonych. Powszechne staje się stosowanie technik biometrycznych, jakimi dla celów identyfikacyjnych, obejmuje się coraz większe rzesze ludzi, nie tylko w Ameryce. Budżet armii amerykańskiej wzrósł o kilaset miliardów dolarów! Wydano dekret zezwalający przetrzymywać w więzieniach legalnych nawet imigrantów bez postawienia zarzutów. Ale okazuje się, że nie tylko imigrantów. Protestujący przeciwko poczynaniom rządu, podczas Konwencji Republikanów w Nowym Jorku, zostali zatrzymani i zamknięci. 2000 osób przetrzymywano na tak zwanym Pier 57, przy Bus Union, przez trzy dni. Nie pozwolono im się skontaktować z rodzinami, ani adwokatami. 70-letni budynek nad rzeką Hudson, w którym musieli spędzić wiele godzin, jest składowiskiem starych olejów, chemikaliów i azbestu (!). Nie przeszkodziło to władzom w ograniczeniu wolności rdzennym Amerykanom, wbrew wszelkim regułom, w wolnej Ameryce.

W tej Ameryce właśnie, powstał ogromny ruch sprzeciwu wobec wojny w Iraku i Afganistanie, ruchu u którego podłoża leży niewyjaśniona do dziś sprawa zamachów 11 września. Ten ruch skupiający tysiące ludzi jest coraz bardziej widoczny w USA i z pewnością spowoduje on jeszcze niejedno trzęsienie ziemi wśród polityków z amerykańskiego świecznika władzy. Bowiem ludzie stojący za zamachami nie przewidzieli jednego. Że dziś nie da się opanować dostępu do informacji tylko poprzez skupienie w rękach określonej grupy większości mediów. Dziś, inaczej niż w latach sprzeciwu wobec wojny w Wietnamie, ludzie dysponują błyskawicznym dostępem do informacji za pośrednictwem internetu. 30 lat temu informacja o tym, że rodzina Bin Ladena wykupiła poprzez zaprzyjaźnioną Carlyle Group firmę Universal Studios, nie miałaby prawa ujrzeć światła dziennego. Carlyle Group, którą współtworzą byli Republikanie, jak Frank Carlucci, Jim Baker, Richard Darman czy wreszcie George Bush Senior. Carlyle Group, której żywotne interesy (kapitał spółki - 12 miliardów dolarów) leżą w krajach czczących byłego prezydenta za pierwszą Wojnę w Zatoce, w Arabii Saudyjskiej i Kuwejcie.W Grupę Carlyle zainwestowała również rodzina Bin Laden. Dziś rzecz idzie o to, czy ropociągi z rejonu Morza Kaspijskiego mają iść przez Rosję i góry Kaukazu, czy przez Turcję i Iran. W każdym z tych przypadków rurociągi z ropą stają się łatwym celem dla Talibów, a na to sobie żadna grupa tak poważnego interesu pozwolić nie może. Dochodzenie w sprawie przestępstwa, jakim było doprowadzenie do zamachów, ustało, kiedy ślady doprowadziły do drzwi rządu i nadal pozostaje bez określenia i osądzenia winnych.

Ataki z wykorzystaniem wąglika odwróciły dodatkowo uwagę od niewyjaśnionych pytań związanych z 9/11, a wszystko to w otoczeniu patriotycznego hałasu, który nastąpił po zamachach. Doprowadziły do wzmożenia atmosfery strachu i zaniechania pytań na temat uchwalenia represyjnej ustawy Patriot Act. Patriot Act został przedstawiony jako odpowiedź na ataki w parę dni po tragedii. Mimo to jest oczywistym, że ta haniebna kilkusetstronicowa (!) ustawa, unieważniająca postanowienia znajdujące się w konstytucji Stanów Zjednoczonych, była przygotowana długo przed 9/11.”

Świat nie zatrzymał się wraz z ogłoszeniem pandemii. Kręci się wręcz coraz szybciej i co najwyżej, zaprezentowany zostanie mu tym razem jakiś Insurrection Act. Pewnie wyrwiemy się z pomocą, tylko pamiętać trzeba, że  dzisiaj Kościuszko, czy Pułaski, są tam strącani z pomników. Według redaktora Michalkiewicza państwa dzielą się na poważne i pozostałe. Chciałem niniejszym tekstem wskazać na to, że niektóre stały się w czasach ostatnich odrobinę mniej poważne, a niektóre spoważniały do poziomu dotąd rezerwowanego dla innych. 

 

 

 

 

 

 

 


[1] Pisane w roku 2007. 

[3] „China Becomes #1 Place for Direct Foreign Investment”, Martin Armstrong, www.armstrongeconomics.com

[4] „Has Israel made a huge mistake letting a Chinese firm run part of Haifa Port?”, Raphael Ahren, www.timesofisrael.com, 20/12/2018

[5] „U.S. Navy may stop docking in Haifa after Chinese take over port”, Michael Wilner, www.jpost.com, 15/12/2018 

[6] „Israel Is Giving China the Keys to Its Largest Port – and the U.S. Navy May Abandon Israel”, Amos Harel, www.haaretz.com, 17/09/2018. 

[8] „Henry Kissinger: ‘Za 10 lat nie będzie już Izraela’”, sm, www.fronda.pl, 18/02/2014