Witamy na stronie, zaloguj się jeśli posiadasz konto lub zarejestruj się.
Aurora Nagłówek
"Musicie dużo czytać. By poznać prawdę. By dostrzec korzenie zła." - Abp Marcel Lefebvre
Wtorek 7 grudnia 2021

W CAŁEJ POLSCE TYLKO MY...

2021-11-05

Są w naszych sercach i umysłach zadziwiające skojarzenia. Takie symbole, odwołania, które wrastają w nasze dusze. Zapamiętane słowa, gesty, czasem melodia, zapach, smak. To, co najpierwsze wyobraźnia zawsze przywoła, kiedy z kimś o czymś rozmawiając oddać zechcemy się wspomnieniom. 

Nie wiem naprawdę jak to działa lecz wiem, że ma to jakiś sens. Bo przecież z takich właśnie wspomnień składa się nasze ja, to kim jesteśmy w głębi duszy i co jest dla nas ważne. A dzisiaj, zimą... Przymykam oczy...

Widzę wieś otuloną białym puchem, czerń nieba rozgwieżdżoną, a wkoło bór. Mróz niemal, że bolesny, w zagrodach ujadają psy, a leśnym duktem, dwójkami, jedzie konnica, pobrzękując ostrogami. Dzwonią uprzęże, skrzypi śnieg, a zza kurzawki, wyłania się stary, wiejski drewniany kościółek.

Wojsko zsiada z koni, formuje dwuszereg i wchodzi pewnym, równym krokiem do świątyni. Tłum zgromadzony w środku rozstępuje się robiąc przejście przybyłym, aż do samego ołtarza. Na ustawionych wewnątrz choinkach zapalają się pomału świeczki, wydobywając z półmroku umundurowane postaci. Wojsko Polskie. Zaczyna się najpiękniejsza polska msza. Pasterka. Tak właśnie, oczami reżysera filmu „Hubal" widzę zawsze polskie Boże Narodzenie. Nie wiem już, kiedy zobaczyłem te kadry po raz pierwszy. Ale wryły mi się w pamięć na wszystkie lata, które potem przyszły.

Major Henryk Dobrzański, „Hubal" i jego Oddział Wydzielony Wojska Polskiego. Już we wrześniu 1939 ruszył spod Grodna z pomocą Warszawie. Nie zdążył... Po wielu potyczkach znalazł się w Górach Świętokrzyskich, gdzie zdecydował otwarcie, w mundurze, stawić czoła wrogowi w nadziei na wiosenną ofensywę od zachodu. „Szalony major" operujący od jesieni 1939 roku w lasach suchedniowskich, spalskich, przysuskich i opoczyńskich. Polskie, umundurowane wojsko. Pierwsze zwycięstwo odniesione już 1 października, jeszcze przed sławetną bitwą pod Kockiem dało początek chwale partyzantki polskiej. Wszystkie kolejne rozlegały się echem po całej okupowanej Polsce, by już wtedy owiać legendą polski opór.

„Hubal" nie mógł wpłynąć na przebieg okupacji, zgodnie z rozkazami demobilizując oddział, czekając na aliancką ofensywę, która nie nadeszła. Widział straszliwy terror zadawany ludności przez okupanta. Trwał z garstką najwytrwalszych. Bo najważniejsze było trwanie. W wierze i nadziei. Przez to stał się wiarą i nadzieją innych. W walce pod Huciskiem, przy 14 zabitych i 6 rannych, zadając dziesięciokrotnie większe straty przeciwnikowi, pokazał siłę polskiego oręża i moc wiary. 

W 45 lat później, kiedy chmury stanu wojennego bardzo wolno rozganiał z polskiego nieba wiatr historii, znalazłem się w wojsku. Pamiętam moją Pasterkę, w której zabroniono nam, żołnierzom służby zasadniczej, wziąć udział. Oczywiście dla nas, młodych chłopców, wychowanych po polsku, taki zakaz nie mógł stać się przeszkodą w uczestniczeniu w tej szczególnej uroczystości. Wyfasowaliśmy polowe, jedyne jakie mieliśmy, mundury, wypastowaliśmy „na gorąco" buty i ruszyliśmy do odległej o kilka kilometrów wsi. Część poszła na skróty, po skutym lodem jeziorze, część przemykała polami, by spotkać się przed północą u stóp drewnianego, starego kościoła. Były to czasy, gdy patrole ówczesnego WSW[1] „polowały" na wszystkich żołnierzy, którym mógł przyjść do głowy tak reakcyjny pomysł, jak udział w Pasterce i wraz z oddziałami ZOMO[2] dosłownie przeczesywały okolice kościołów we wszystkich miejscowościach, w pobliżu których stacjonowały jednostki wojskowe. Wszyscy jednak dotarliśmy na miejsce, a była nas grupa w sile plutonu.

Gdy wchodziliśmy do kościółka, a prowadziłem nasz dwuszereg, dreszcz emocji przebiegł po moich plecach. Ta atmosfera doniosłości chwili i naszego w niej udziału była fizycznie wyczuwalna. Wszystko dokoła działo się tak samo, ludzie rozstępowali się na boki, nie wiedząc, kto w takiej sile wchodzi do świątyni. Kościół okryty był ciemnością, by po chwili, z wolna, światła świec zapalanych na choinkach rozjaśniły jego wnętrze. W pierwszym odruchu zebrani cofnęli się gwałtownie, sądząc po mundurach, że do kościoła wtargnął oddział milicji, ale widząc nasze zachowanie, wskazujące na chęć udziału w nabożeństwie, po paru minutach zrozumieli.

I była to moja najwspanialsza Pasterka w życiu. A potem ta piękna postawa Rodaków... Kiedy Pasterka się kończyła usłyszeliśmy szepty, że pod kościołem widziano WSW, a ksiądz kierujący końcowe słowa do nas, wskazywał nam drogę przez zakrystię. Ale my wybraliśmy główne wyjście. Poprowadziłem chłopców pewnie, a oni raźnym krokiem ruszyli za mną, bo po tak wielkim uniesieniu, jakiego doznaliśmy w czasie tych kilkudziesięciu minut, wyjście tylnymi drzwiami nie byłoby honorem. Tłum ludzi otoczył nas szczelnym kordonem i wylał się z nami na drogę. Patrole zniknęły błyskawicznie, już to widząc zwarty pluton, już to masę ludzką niosącą nas na zewnątrz. Pamiętam, że ludzie płakali...

Jak wielkie emocje musiały towarzyszyć Pasterce żołnierzy Polski Walczącej w owych latach strasznego terroru i okupacji? Ale wierzyli! Wierzyli i trwali! Nam też trzeba wiary... Dziś, u progu kolejnego roku, roku, który może być przełomem dla naszej Ojczyzny nie wolno nam o tym zapomnieć. Nawet w obliczu tragicznych przemian, których już doświadczamy od czasu tak zwanej „transformacji". A może zwłaszcza w obliczu tych przemian. Wiem, że niełatwo jest wierzyć, kiedy trzęsą się posady naszego świata i dramatyczne zmiany dokonują się nawet w łonie Kościoła katolickiego. Jednak bywało w historii już gorzej.(...) I Kościół przetrwał, a dzięki niemu nasza Ojczyzna i wiara naszych przodków[3].

Ten felieton napisałem w roku 2003. Na łamach polsko-australijskiego magazynu „Nasze Pismo” ukazał się na początku roku następnego. Pokonywał daleką drogę. Stosunkowo szybko przemierzył odcinek z Polski na Antypody, by zdecydowanie wyhamować już po tamtej stronie świata. Tak nieraz bywa. Sądziłem wówczas, że jakkolwiek długi, acz jednak spełniony wreszcie szczęśliwym wydaniem, etap ten był ostatnim dla owego felietonu. Okazało się jednak, że życie pisze samo swoje wspaniałe scenariusze, nie licząc się wcale z niczyim zdaniem. Minęło siedem długich lat i w sposób zupełnie dla mnie niespodziewany, stanąłem któregoś zimowego dnia przed … Hubalem. Pewnie, że nie tym ze zwycięskiej bitwy w Hucisku, czy tej ostatniej, tragicznej, w anielińskim[4] lesie. Stanąłem jednak przed człowiekiem, który zarówno w wyobraźni mojej, jak i tysięcy innych ludzi na zawsze wyczarował postać „szalonego majora” dumnie spoglądającego z grzbietu ukochanego konia „Demona”, odważnie prowadząc swój oddział do walki z niemieckim najeźdźcą. Ten człowiek, to (od)twórca głównej roli w epickim obrazie „Hubal”. Aktor - Ryszard Filipski.

To, dla mnie mistyczne niemalże, zderzenie z filmowym Hubalem, w ogromnej mierze wpłynęło na moje życie. Może dlatego tak bardzo głęboko w sercu nosiłem przez wszystkie lata ten film, podświadomie wierząc, że na jego obejrzeniu nie kończy się mój z nim związek. Moje młodzieńcze, wojskowe naśladownictwo wigilijnego kadru, tej przecież filmowej opowieści, było więc jakby tylko jej naturalnym następstwem, prowadzącym mnie bezwiednie do chwili, która na mnie czekała i miała stać się moim udziałem. Przez wszystkie te lata miałem dla Filipskiego ogromny szacunek nie tylko za to, że w ogóle udało mu się pokazać całej rzeszy widzów postać majora Dobrzańskiego, ale przede wszystkim, za sposób, w jaki tego dokonał. Wiem, że moja dla niego, z tego tytułu płynąca atencja, nie stanowi wyjątku. Ryszard ma całe tabuny fanów i choć był aktorem rewelacyjnym, mającym na swym koncie wiele doskonałych ról, to wszyscy jego wielbiciele myślą o nim przez pryzmat tego jednego, niezapomnianego dzieła. Miałem możność niejednokrotnie, osobiście tego doświadczyć, spotykając w naszych wspólnych później wędrówkach ludzi, których sercami zawładnął blisko pięćdziesiąt lat temu. A przecież wiem, że nie chciał, by pamiętano go jedynie z roli Hubala.

Zawsze mi powtarzał, że najbardziej ceni sobie swoją kreację Józefa Piłsudskiego, z filmu „Zamach stanu”. Prawdziwi znawcy kunsztu aktorskiego, ale i reżyserskiego, byli z Nim w tej ocenie zgodni. Tym bardziej to ważne, że przecież sanacyjny naczelnik nigdy nie był z Jego „bajki”. Ale ten aktorski Geniusz oddawał się bez reszty kreowanym przez siebie postaciom. Widać to chyba najlepiej w najmniej znanych publiczności monodramach, jak „Ja i mój brat”, „Raport z Monachium”, czy „Krajobraz po Grunwaldzie”.

O śmierci Ryszarda dowiedziałem się, podobnie jak wszyscy poza rodziną, po tygodniu. Nie miałem możności, by Go pożegnać. Taka była Jego wola i ja ją szanuję, bo mimo różnicy wieku i profesji, mieliśmy wspólne spojrzenie, nie tylko na pryncypia, ale też całą masę kwestii mniejszych, co przecież właśnie z trwania przy tych pierwszych, wynikało. Jeden z Jego kolegów po filmowym fachu, niezwykle popularny aktor późniejszego pokolenia, z wielkim szacunkiem odnoszący się do Ryszarda, wyartykułował tę postawę dawno temu, w kultowym dziś obrazie, słowami: „Dla zasady….!”.

Taki był właśnie Ryszard Filipski. Niezłomny, wierny swym przekonaniom, tym więcej, iż nie wzięły się one znikąd, a z głębokiej wiary i ogromu pozyskiwanej przez lata wiedzy. Mógłbym kreślić tu tysiące słów, przemyśleń i wspomnień ze spotkań z Ryszardem, który zrobił mi wiele lat temu ten zaszczyt, że nazwał mnie swoim przyjacielem. Ale, o Jego dokonaniach zawodowych, pisali i piszą dziś lepsi ode mnie znawcy przedmiotu. Mnie dane było zrealizować z Nim wspólnie jedno przedsięwzięcie, które pozostanie perełką w moim skromnym dorobku wydawniczym. Z ironią doświadczonego przez życie artysty lał miód na moje serce, mówiąc wówczas o nas „twórcy wyklęci”. Pozostaje mi być wdzięcznym Bogu, że na mej drodze stanął kiedyś człowiek, który bardzo dużo mnie nauczył i naprawdę żył podług słów filmowego Hubala: „w całej Polsce tylko my…”.

 

Grafika przedstawia skan litartu (obraz z wierszem) autorstwa Lusi Ogińskiej, zatytułowanego - „Hubalowi”, znajdującego się w zbiorach prywatnych, w Pęcicach Małych pod Warszawą.

Tekst ukazał się pierwotnie w Warszawskiej Gazecie nr 45


[3] „Nasze Pismo, polsko-australijskie czasopismo społeczno-kulturalne”, Nr 2/2004