TEHERAN
Uwielbiam filmy. Dobre filmy, rzecz jasna. O ich wpływie na naszą rzeczywistość pisałem wielokrotnie, opisując choćby rolę ich twórców w kreowaniu u odbiorców pożądanych zachowań, jak też budowaniu oczekiwań, wobec nieświadomych na ogół niczego, milionów widzów.
W książce „Projekt Phoenix” opisałem dwa tego typu obrazy – „Pearl Harbor” i bardzo szczegółowo „Helikopter w ogniu”. Polecam tę lekturę, bo pozwala otworzyć oczy na pozornie nie mający nic wspólnego ze światem realnym przemysł filmowy Hollywood.
Pisałem wówczas, odnosząc się do tzw. ataku na Amerykę, że filmy te „ukazały się w interesującym nas 2001 roku. Oba traktują o amerykańskich zmaganiach wojennych. I oba ukazały się na ekranach amerykańskich kin w odstępie kilku miesięcy. Pierwszy, to ‘Pearl Harbor’, drugi zaś, to ‘Helikopter w ogniu’. Premiera pierwszego miała miejsce kwartał przed wydarzeniami 9/11, drugiego – kwartał po nich. Czy jest to dziełem przypadku? Wątpię.
‘Pearl Harbor’ miał w moim przekonaniu przygotować Amerykanów do zamachów 11 września. Miał podgrzać atmosferę i przypomnieć o, najbardziej spektakularnym w historii, ataku na wojska amerykańskie. Miał przyzwyczajać do kojarzenia 9/11 z ‘nowym Pearl Harbor’. Poniekąd słusznie, bo oba te dramaty nie mogłyby przecież zaistnieć bez przygotowania pod nie gruntu przez te same służby specjalne. Film podniósł Amerykanom i widzom całego świata poziom adrenaliny, zjednoczył ich w poczuciu krzywdy, by pchnąć do odwetu.
Film drugi natomiast, miał być swoistym remedium na to, co już się wydarzyło. Miał wzmocnić poczucie jedności, usprawiedliwić straceńcze misje i uświadomić potrzebę współdziałania. Nie tylko w obrębie plutonu, kompanii czy jednostki, ale nawet w ramach całej koalicji państw współuczestniczących w ‘wojnie z terrorem’. Przecież ten film obejrzały setki tysięcy młodych ludzi z całego świata. Wielu z nich znalazło się niebawem w wojskowych obozach rozsianych po bezkresnych pustyniach Iraku bądź w górzystym Afganistanie. Przybyli do obcego sobie świata, z rozmaitych miejsc o różnych tradycjach i kulturze, by odkryć, że stanowią jednolicie ubraną oraz wyposażoną armię, jaką jeszcze niedawno oglądali na ekranach rodzimych kin. Wkrótce mieli wyruszyć na pierwszy patrol, wziąć udział w miejskiej potyczce i zobaczyć z bliska śmierć kolegów, których dopiero zdążyli poznać”.
Dekadę później odnosiłem się do kolejnych arcydzieł Hollywood.
„Kiedy 35 lat temu rozpoczynałem swoją życiową przygodę z lotnictwem, na ekrany światowych kin, wchodził film ‘Top Gun’, który stał się szybko prawdziwym hitem. W Polsce zrobił furorę, rozprowadzany w ogromnych ilościach na kasetach VHS, albowiem to właśnie schyłek lat 80. XX w. był czasem rozkwitu popularności magnetowidów. W trakcie nauki w Ośrodku Szkolenia Kontroli Ruchu Lotniczego, oglądaliśmy go z kolegami z zapartym tchem, w oryginalnej wersji dźwiękowej, mając w założeniu osłuchiwać się z językiem angielskim i specyficznym żargonem. Film opowiadał o szkole lotniczej Miramar w Stanach Zjednoczonych, nazywanej Top Gun i przeżyciach uczących się w niej pilotów marynarki wojennej. Wartka akcja, wpadająca w ucho muzyka w modnym wówczas stylu teledyskowym i doskonałe zdjęcia, sprawiły, że film okrzyknięto mianem kultowego, i przez lata, żaden inny produkt Hollywood nie odebrał mu palmy pierwszeństwa w tym gatunku kinematografii. To właśnie ten film wyniósł na szczyty międzynarodowej sławy aktora Toma Cruise, grającego w nim pilota myśliwca F14 Tomcat. Nikt z nas nie widział w nim jeszcze gwiazdora, którym wtedy zaczynał się stawać. Przez wszystkie lata kariery pozostawał w kręgu zainteresowania mediów, które rozpisywały się nie tylko o jego dokonaniach zawodowych, ale też o życiu prywatnym. Nie mieli z tym kłopotu, ponieważ Cruise dostarczał dziennikarzom tematów z dużą determinacją, stając się główną twarzą tzw. kościoła scjentologicznego, który reklamował zachęcając przede wszystkim świat aktorski do przekazywania scjentologom procentu od dochodów obiecując, że w zamian zdobędą moce, które wyniosą ich kariery w kosmos popularności. Niewątpliwie, aktor przyciąga do kin mnóstwo widzów, od kilku już dekad. Takie tytuły, jak ‘Ostatni samuraj’, ‘Wojna światów’, ‘Walkiria’, czy kolejne części ‘Mission Impossible’, ugruntowały jego silną pozycję na rynku. Jego sprawność fizyczna i niechęć do korzystania z pomocy kaskaderów, działają na ludzi, niczym magnes. Nieustannie na szczycie, wiecznie młody i bogaty, z pewnością przysporzył swym promotorom wielu wyznawców, choć jego aktywność na tym polu była tak natrętna, że z czasem zniechęcił do siebie sporą grupę koleżanek i kolegów po fachu. Być może była to zwykła zazdrość środowiska nie mogącego wybaczyć mu, bądź to majątku wycenianego na 600 mln dolarów, bądź to atrakcyjnych partnerek, którymi zwykł się otaczać, a przypomnijmy, iż do dziś zdążył się ożenić i rozwieść trzykrotnie. W Hollywood nikogo to nie razi, choć pojawiały się pogłoski, że to małżeństwa fikcyjne, będące przykrywką dla jego rzeczywistej orientacji seksualnej, o której całkiem głośno w kulisach. Otwarcie mówi się bowiem, że doborem jego małżonek zajmował się osobiście lider tego kościoła, który ponoć nie tylko zobowiązuje swych wyznawców do dożywotniej wierności i regularnego zasilania skarbca, ale posuwa się do aktów upokorzeń wobec nich, czy nawet zmuszania fanek do aborcji, a sam ruch znalazł się na celowniku FBI w związku z podejrzeniami o handel ludźmi. (...) Niemniej jednak, poza tym wszystkim, chciałbym zwrócić uwagę na element w zasadzie niezauważany, a będący moim zdaniem rzeczywistym motorem napędowym sukcesu aktora, jakim była amerykańska armia. Pod koniec lat 80 ubiegłego wieku, kiedy żelazna kurtyna formalnie opadała z głuchym łoskotem, chętnych do wojskowego życia w Stanach nie było. Młodych ludzi należało w jakiś sposób zachęcić do poświęcenia dla ojczyzny, mimo braku oficjalnego wroga. ‘Top Gun’ spełnił swoją misję wyśmienicie. Do armii ruszyły rzesze młodzieży chcącej utożsamiać się z przystojnym i odważnym Maverickiem. A do tego, pilotem! Punkty werbunkowe lokalizowano obok kin. Ilość zgłoszeń do US Navy, przy której pomocy film powstał, jak opisywał to producent John Davis, wzrosła o 500%. Młodzież ta nie miała jeszcze pojęcia o tym, że trzy lata później rozpocznie się wojna w Zatoce Perskiej, a wkrótce kolejne. Od ‘Pustynnej Tarczy’ począwszy, przez ‘Pustynną Burzę’, ‘Nagły Grom’ i wszystkie pozostałe misje pokojowe i stabilizacyjne. Ale Pentagon wiedział przecież doskonale. Później było jeszcze gorzej, bo we wrześniu 2001 roku, amerykańscy myśliwcy nie mieli okazji popisać się umiejętnościami na własnym niebie i ten blamaż ciążył dowództwu niczym kamień u szyi, przez kolejne dwie dekady. Tak zrujnowany wizerunek trudno odbudować. Niezbędne są wielomilionowe nakłady i skuteczna propaganda. I tu znowu wątek osobisty. W roku 2020, kiedy z czynną pracą w lotnictwie się rozstawałem, widzowie wyczekiwali już na tzw. sequel, czyli obraz zatytułowany ‘Top Gun – Maverick’, który miał się pojawić w kinach, w czerwcu. Wszystko zaprzepaściła tzw. pandemia i na kontynuację przeboju kasowego przyszło nam czekać dwa lata. Tę, drugą część, podobnie, jak pierwszą, miał reżyserować Tony Scott, noszący się rzekomo z tym zamiarem już 10 lat temu. Ponoć, na dzień przed spotkaniem w tej sprawie z Tomem Cruise, popełnił samobójstwo. Z realizacją pomysłu czekano do roku 2018 i podjął się jej reżyser polskiego pochodzenia, Joseph Kosinski. Film wszedł na ekrany pod koniec maja 2022 roku i z ust tych, którzy zdążyli go obejrzeć, słychać mnóstwo pochwał. Ja też go z chęcią zobaczę i liczę na emocje nie mniejsze, niż ponad trzy dekady temu. Maverick powrócił, tym razem w roli instruktora. Na innym typie samolotu, po przejściach, ale ciągle ten sam. Jak to szybko minęło. ‘Top Gun’, w swych dwóch odsłonach, stał się klamrą czasową mojego związku z lotnictwem, jakże dla mnie pięknego i ważnego. Wiem jednak, że miał niebagatelny wpływ także na życie (i to dosłownie) tysięcy innych ludzi. Obawiam się więc, że jeśli moja ocena powodu popularności tego obrazu jest trafiona, to w ciągu najbliższych paru lat ponownie odciśnie on swe piętno, nie tylko na miłośnikach kina”.
Film obejrzałem. I myślę, że się nie pomyliłem. Na przestrzeni tych niespełna czterech lat, od kiedy napisałem te słowa, amerykańscy piloci (pewnie wielu spośród ówczesnych kinowych widzów) zrzucili setki tysięcy ton bomb na co najmniej kilka państw.
Czasem oglądam filmy izraelskie. Są dobrze zrobione, obsadzone świetnymi aktorami i osadzone w realiach niedostępnych dla twórców nieobeznanych z realiami życia na Bliskim Wschodzie. Ukazują też mentalność Izraelczyków, a to ma niezaprzeczalny walor poznawczy. A, jako że kończę właśnie pracę nad książką, której głównym motywem jest wojna sześciodniowa, z tym większym zainteresowaniem oglądałem kolejne odcinki serialu emitowanego przez Apple TV, zatytułowanego „Teheran”. Jak pisze o nim choćby portal WP film „wyróżnia się surowym realizmem i dbałością o psychologiczną głębię. Fabuła koncentruje się na losach Tamar Rabinyan (Niv Sultan), młodej hakerki pracującej dla Mosadu, która zostaje wysłana do stolicy Iranu - swojego rodzinnego miasta. Jej misja szybko przeradza się w walkę o przetrwanie w skrajnie wrogim środowisku, gdzie każdy błąd może kosztować życie. Na początku zadaniem Tamar było unieszkodliwienie irańskich systemów obronnych i sabotaż programu nuklearnego. Kiedy operacje kończą się fiaskiem, bohaterka traci wsparcie wywiadu, a granice między jej życiem prywatnym a misją zawodową zaczynają się niebezpiecznie zacierać. W drugim sezonie, w którym gościnnie wystąpiła Glenn Close, napięcie sięga zenitu, a niepowodzenia agentki sprowadzają bezpośrednie zagrożenie na jej najbliższych, potęgując moralne dylematy wpisane w jej profesję. Trzeci sezon zmusza Tamar do desperackiej walki o odzyskanie zaufania Mosadu i zachowanie życia w obliczu narastającego zagrożenia. Największą castingową sensacją nowych epizodów jest dołączenie do serialu Hugha Lauriego (znanego z roli Doktora House'a). Aktor wystąpił w roli Erica Petersona, inspektora dozoru jądrowego. Trzeci sezon zadebiutował w styczniu 2026 r. i wszystkie osiem odcinków są już dostępne do obejrzenia. Oglądanie serialu nabiera dziś wyjątkowego znaczenia ze względu na kontekst geopolityczny. USA i Izrael rozpoczęły otwarty konflikt zbrojny z Iranem. Zresztą sama premiera trzeciego sezonu na świecie była opóźniana przez Apple TV ze względu na wojnę w Strefie Gazy”.
Film jest niezły, obsada, jak pisałem wcześniej, starannie dobrana, by rzecz cała podobała się publiczności, ale podsumowanie tego opisu wzbudzić może u czytającego zażenowanie i pytanie o człowieczeństwo redagujących takie rzeczy „dziennikarzy”. Mordowanie ludności w Strefie Gazy nie zostało bowiem zakończone, trwa nadal, a obecnie tę jej część, której udało się uciec, wybija się na oczach całego świata na terenie Syrii i Libanu.
Natomiast, premiera być może była opóźniana, ale raczej po to, by w ostatnim odcinku główna bohaterka pracująca dla Izraela zdążyła powstrzymać eksplozję bomby atomowej budowanej przez Iran. Ratując przy tym od niechybnej śmierci nieświadomą niczego ludność Teheranu. Udało się jej i, szczęśliwie dla wszystkich, odcinek wyemitowano 28 lutego 2026 roku. W dniu uderzenia na Iran koalicji pokojowego świata Zachodu. Zakończenie serialu, czasowo perfekcyjnie zgrano z rzeczywistością, na miarę naszego kultowego „Rancza Wilkowyje”, którego ostatni odcinek ukazujący Pasterkę, co roku możemy oglądać na ekranach tych samych telewizorów dokładnie w Wigilię Bożego Narodzenia. A to, że ten atak zaczął się akurat w dniu Szabatu Pamięci, bezpośrednio poprzedzającego święto Purim, nie umniejsza przecież trafności tego skojarzenia. Co, mam nadzieję, Czytelnik zrozumie. I wybaczy.
Sławomir M. Kozak
jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się - https://buycoffee.to/s.m.kozak
Zapraszam też do zaglądania na portal Reduta.tv